No hej! Powróciłam w wielkim stylu z nad jeziora, od babci i przede wszystkim z kolonii! Było S.U.P.E.R!
Ale o tym później. Wyjechałam nad jezioro z miesiąc temu, widząc post ,,Koza Śnieżna''. Wróciłam po miesiącu, i nadal widzę ten sam post! Aż się zdziwiłam. To z powodu wakacji, nie przejmujcie się.
W roku szkolnym blog będzie nadal sprawnie działał. Ma być tydzień Multiego, ale mi się nic nie chce po wakacjach, bo jestem leniem niestety.
Ale teraz o moich cudownych koloniach do Jury Krakowsko - Częstochowskiej :)
Kolonie nazywały się Andande Wakacje z głową. Kierownikiem obozu był pan Wojtek K. Był bardzo miły oraz fajny. Mieliśmy też ratownika medycznego, pana Bartka, którego razem z moimi koleżankami z obozu nazwałyśmy pan Melon. Nie wiem czemu :) Były 3 grupy. Grupa pani Moniki - 16 Wspaniałych, grupa pana Tomka - Zabójcze Komary i Grupa pani Agnieszki - Błyskawiczna Kinder Mafia. Ja byłam w tej ostatniej. Na początku, kiedy wybieraliśmy nazwę grupy, przegłosowaliśmy, że będziemy się nazywać Ogórki Zdzisława :D Strasznie głupie, nie? A;le kiedy głosowaliśmy tak na serio, nikt nie podniósł ręki, i zostaliśmy BKM. Ośrodek, w którym byliśmy nazywał się ,,Zajazd Magda''. Jest bardzo fajny, naprawdę polecam. Pyszne jedzenie, świetne pokoje, miła obsługa.... Mega. Ośrodek posiada wielki trawnik oraz drewniane huśtawki i karuzele. Wg. mnie najlepsze rzeczy to wspinaczka i bagna. Na wspinaczce byliśmy przypinani do uprzęży jak w parku linowym i wspinaliśmy się po skałach na wysokość 11m. Była też tyrolka i inne linowe zajęcia. Na bagnach woda była LODOWATA. Nie żartuję. 15-letni chłopak powiedział, że jeszcze 3 stopnie niżej i byłby lód. Normalnie aż nogi piekły. Budowaliśmy tratwę i w strojach kąpielowych pływaliśmy na tratwie. Na bagnach woda była chyba jeszcze zimniejsza. A najgorsze jest to, że tam trzeba wejść w butach, ogarniacie? W BUTACH! Moje buty są już na wysypisku śmieci. Na szczęście wzięłam zapasowe :). Był moment, gdzie było tak głęboko, że trzeba było płynąć! Pływałam w bagnie! :D Ostatnia rzecz na bagnach to chodzenie po linie i pniu nad rzeką. Trudność polegała na tym, że trzeba było klaskać rękami na linie. Jeśli dotknęło się liny rękami po klaśnięciu, liczba klaśnięć kasowała się! A jeśli dotknęło się dna nogami, to koniec gry. Ja klasnęłam 60 razy. Więcej o de mnie klasną tylko taki 15 latek. 75 razy. Była taka piosenka o melonach:
Hodowałem melony, każdy melon jak byk. Aż tu razu pewnego pierwszy melon mi znikł.
Ref.
Kto mi ukradł melon? Może kameleon? Może wujek Leon? No kto?
I śpiewa się po kolei. Potem drugi melon, trzeci itd. Ja siadłam w tej lodowatej wodzie i śpiewałam 38 melonów, dopóki mnie pan Wojtek nie wygonił, mówiąc, że zamarznę.
Były też fanty. Jeśli ktoś coś zgubił, robił ćwiczenia albo mielił młynek. Chodzi oto, żeby stanąć raczkiem na podłodze, kręcić kolanami i mówić: ,,Mielę, mielę młyn. Kto mnie pocałuje, ten mnie uratuje.'' Chyba rozumiecie? Raz pan Bartek (ratownik) zgubił na wspinaczce walkie-talkie i mielił. Pocałowała go Zosia W. (NIE JA! JA JESTEM ZOSIA SZ!) Ja zgubiłam czapkę, ale pan Wojtek powiedział mi, że mnie lubi dał mi czapkę za darmo :D
Nie chce mi się opisywać wszystkiego, więc kończę, bo by mi opisywanie każdej rzeczy zajęło 100 lat. To pa. Oczekujcie postów o moim nowym domu, bo się przeprowadzam na początek roku szkolnego :O